Jak smartfon ograniczył moją spontaniczność.

Lis 8, 2019 | Osobiste | 1 komentarz

Lis 8, 2019 | Osobiste | 1 komentarz

Kiedyś to było. Kiedyś czasy były inne. Kiedyś to ludzie rozmawiali a nie siedzieli w telefonach. Kiedyś nie było tak lekko. Kiedyś to trzeba było pracować, a teraz to najlepiej, żeby tym młodym wszystko na tacy podać. Kiedyś było inaczej.

Kto z nas tego nie usłyszał i nie przewrócił z irytacją oczami? Mówili to naszym rodzicom nasi dziadkowie, a nasi rodzice nam i siłą rzeczy kiedyś my to powiem dorastającym i rosnącym w mgnieniu oka trzylatkom. Od mojej pierwszej podróży minęło ponad 5 lat i wiecie co? Kiedyś to było inaczej.

Obecnie telefonu do dzwonienia i SMS-owania używam tylko kilka razy w mięsiącu. Gdy dzwonię do lekarza, mam pilną sprawę do załatwienia, albo gdy muszę pobrać kod do nowej aplikacji. Telefon, tfu – smartfon to dla mnie Instagram, mail, mapy, komunikator, odtwarzacz muzyki, narzędzie do obrabiania zdjęć, aparat, kamera, odtwarzacz video, kalendarz, kalkulator. Na smartfonie szukam lotów, hosteli, hostów na couchsurfingu. Używając Internetu sprawdzam atrakcje w okolicy, połączenia komunikacji, używam nawigacji. Nie sposób się zgubić, nie sposób pomylić, nie sposób… no właśnie. Czy nie sposób być spontanicznym i gotowym na przygody?

Wyobraź sobie, że ruszasz w podróż bez smartfona, bez dostępu do Internetu. W dłoni ściskasz papierową mapę Europy, w plecaku masz kilka map największych miast. Już nie mówię, że Internetu nie ma wcale, ale w domu sprawdziłeś wszystkie atrakcje i nakreśliłeś je na mapie. Masz ze sobą notatnik, a w nim opisy miejsc, informacje o tym jak się tam dostać, ile co kosztuje. Szukając drogi na dworzec pytasz przechodniów, próbując wydukać najprostsze zdanie w obcym dla Ciebie języku. Nie masz translatora, więc dłońmi tworzysz domek nad głową a następnie wymachując wszystkimi kończynami próbujesz naśladować zachowanie pociągu. Sprawę załatwia głośne krzyknięcie „tiu tiuuuuu” a ręka nieznajomego wskazuje wreszcie kierunek. Hostelu szukasz na miejscu, chodząc od punktu do punktu. Polany na namiot wybierasz bez sprawdzania zdjęcia satelitarnego. Jadąc stopem nie wyszukujesz najbliższych stacji benzynowych na maps.me ale z pełnym skupieniem obserwujesz znaki drogowe. Adrenalina, bo przecież możesz przegapić tę ostatnią przed zjazdem i będziesz musiał zmienić kierunek! Restauracji nie wybierasz na podstawie opini na tripadvisorze, ale podejmujesz ryzyko i wchodzisz do miejsca, którego być może nie zna żaden rodak. Uważaj, bo możesz się rozczarować! Szaleństwo. Rodzicom będziesz wysyłać jednego, krótkiego SMS-a dziennie.  „Jestem w Hiszpanii, wszystko dobrze. Kocham, D.”. Podróży nie relacjonujesz na bieżąco, ale o Twoich przygodach świadczą dwa wpisy. Pierwszy dodany przed wyjazdem, informujący, że nie będzie z Tobą kontaktu i ten drugi, kilka tygodni później – mówiący, że wróciłeś cały i zdrów. Dołącz do niego zdjęcie. Przez kilka miesięcy będziesz opowiadać przyjaciołom o tym ile razy się zgubiłeś, ile ludzi poznałeś – przecież nie mają pojęcia co się z Tobą działo, więc tematy nie będą się kończyć.



Miałam to szczęście spróbować – jechać przed siebie bez telefonu z dużym wyświetlaczem. Bez czytania blogów podróżniczych (czy to antyreklama dla mnie samej?), bez sprawdzania dobrych kadrów na Instagramie, bez bookowania hosteli 3 tygodnie do przodu. Jechałam, ściskałam w dłoni wspomnianą wcześniej mapę i pytałam w centrach różnych stolic o wylotówkę na autostradę, dajmy na to – na A10. Nie rozumiałam tego, że nikt nie był w stanie wskazać kierunku, ale finalnie zawsze udało się dotrzeć do pierwszych drogowych znaków, które stopniowo wyprowadzały mnie na koniec miasta. Trwało to godziny i kosztowało masę nerwów. W pamiętniku miałam podstawowe rysunki oznaczające kolejno – namiot, plaża, las, droga, stacja benzynowa, sklep. Na innej stronie liść i przekreślona świnka – nie jem mięsa. Nie miałam translatora i właśnie podczas tych pierwszych podróży „łyknęłam” najwięcej języków. Trochę niemieckiego, trochę francuskiego, hiszpańskiego, portugalskiego… czeskiego! Noclegów szukałam na żywca – często to nie były wymarzone miejsca na sen, ale nigdy nie zapomnę przysypiania pod Muzeum Narodowym, czy zaskakującej pobudki obok klifu. Mama dostawała dwa SMS-y dziennie, wieczorem – informującego, że znalazłam miejsce na sen, oraz o poranku – informującego, że tę noc przetrwałam. W każdym z tych SMS-ów trochę kłamałam, żeby tylko mamę uspokoić, ale przecież nie mogła znaleźć zaprzeczenia moich wiadomości w sieci. Najbardziej przydało się to, gdy mnie i Magdalenę okradli – siedziałyśmy zmartwione na posterunku policji, pisząc naszym mamom, że wygrzewamy się na plaży w Portugalii. O wszystkim dowiedziały się, gdy wróciłyśmy o własnych siłach do Polski. Wyszło to nam wszystkim na zdrowie. Podczas tych wyjazdów poznałam mnóstwo ludzi, chłonęłam każdą sekundę, nie myśląc o tym, czy dostałam nowego maila, czy nie mam zawalonej skrzynki na Instagramie, czy czasem nie umyka mi coś w tym często fałszywym – wirtualnym świecie.

Kiedyś to było inaczej. Czy lepiej, czy gorzej? Nie wiem. Może i uczyłam się języków, ale nie mogłam porozmawiać z kierowcami na każdy temat. Musiały mnie zadowolić podstawowe informacje – teraz mogę dyskutować o polityce, zarobkach, marzeniach, planach i wspomnieniach. Może i poznawałam dużo ludzi, ale często nie byli to ludzie zainteresowani tym co ja – teraz mam CouchSurfing, który nie tylko jest opcją na darmowy nocleg, ale zapewnia mi cudowne towarzystwo – tak bardzo potrzebne, gdy podróżuję w pojedynkę. Może i szukałam tras na wylotówkę samodzielnie i gubiłam stacje na autostradach i czułam w tym przygodę – ale często zabierało to mnóstwo cennego czasu, który mogłam wykorzystać na odkrywanie nowych punktów widokowych, nowych jezior. To właśnie smartfon daje mi też możliwość szukania atrakcji w okolicy na bieżąco. Wcześniej było to zbyt trudne, żebym chciała się na to wysilać. Wiem, że teraz widzę nieco więcej miejsc wartych uwagi. Czy żałuję Instagrama? Zdecydowanie nie. Zawsze lubiłam się dzielić tym, co mnie spotyka, a teraz po prostu robię to na większą skalę a w podróży umiem znaleźć zdrową równowagę, między doświadczaniem, a relacjonowaniem doświadczania. Jak na tę chwilę.

Ze Smartfonem JEST ŁATWIEJ. Mniej spontanicznie, ale efektywniej.

Czasem się zastanawiam, czy odważyłabym się znów pojechać bez telefonu. Dać się w stu procentach porwać przygodzie, nie znać swojej lokalizacji, nie mieć ratunku na facebook’owych forach.  Cholera, byłoby ciężko! Nie wiem czy to kwestia uzależnienia, przyzwyczajenia do wygody, czy może ostudzenia nastoletniej porywczości i odwagi. Bo przecież nie powtórzyłabym już czynu sprzed niemal pięciu lat i nie pojechałabym ponownie do Danii mają w portfelu 10 euro 😉 Ale trochę za tymi głupotami tęsknię, stąd ten tekst. Wybaczcie, że więcej tu pytań, niż odpowiedzi.

Doskonale wiem, że podobnego posta mogliby napisać Ci, którzy podróżowali 10, 15, 30 lat temu. Którzy czekali godzinami na granicach, którzy oszczędzali miejsce w paszporcie na pieczątki, którzy z rodzinami kontaktowali się przez budki telefoniczne, albo listownie. Czy były wtedy lepiej? 😉 Myślę, że warto znaleźć we wszystkim równowagę. Moją niech będzie miłość do papierowych map i ciągłego używania pamiętników i notesów.

1 komentarz

  1. Patka

    Podziwiam za tą pierwszą wyprawę❤️, ja chyba nie miałbym tyle odwagi na podróż bez telefonu

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.