Motorem przez Wietnam

Paź 28, 2019 | Azja | 3 Komentarze

Paź 28, 2019 | Azja | 3 Komentarze

Podczas pobytu w Kambodży i Tajlandii wzbraniałam się jak mogłam przed prowadzeniem skutera. Jeśli wypożyczałam, to na spółę z kimś i cieszyłam się wygodną i mocno leniwą rolą pasażera. Wietnam częściowo zmusił mnie do kupna własnego jednośladu, a częściowo zmusiła mnie do tego wizja przejechania całego kraju. Dobra motywacja to podstawa, prawda? Problemem było to, że w porównaniu do wietnamskich warunków ulicznych, przerażająca mnie wczesniej Tajlandia wydawała się być rajem dla niedzielnych kierowców.

Po moją staruszkę-Hondę pojechali moi współlokatorzy. Znaleźli tani sprzęt, podobno okazja. Z szuflady wyciągnęłam zwitek banknotów – 3,5 miliona dongów. Zbiegłam z krętych schodów i z ekscytacją wcisnęłam im w dłonie. „Błagam jeźdźcie po niego. Ja nie mogę, bo nie umiem prowadzić!”. Pojechali, kupili, przywieźli. Wtedy zobaczyłam ją po raz pierwszy – honda bez plastikowych osłon, z kablami na wierzchu. Wzmacniana trytytkami i szarą taśmą. Bez działających liczników, z zardzewiałym tłumikiem i z piekielnie głośnym dźwiękiem kierunkowskazu. 18-letnia Honda Dream. Jak z marzeń – zakochałam się.

A jak wyglądała moja nauka jazdy? Razem ze znajomym udałam się na niewielką uliczkę obok naszego domu. „Tu masz hamulec, tu gaz. Tu zmieniasz biegi. Sprzęgła nie ma. Jedź”. Jak to ja – kilka razy musiałam postawić opór, tłumacząc, że to głupie i się boję, żeby wreszcie usiąść i z drżącymi nogami odpalić moją – kupioną poprzedniego dnia maszynę. Kolejnego poranka spakowałam plecak i  pojechałam do portu, skąd przeniosłam się na niewielką wyspę Con Son. Zaczęła się zabawa.

Bo tu nie chodzi tylko o zmianę biegów. Jesteś w Wietnamie – musisz jeździć jak Wietnamczyk. Przez środek zatłoczonego i pachnącego kolendrą targu, pełnego turlających się po podłodze zielonych pomarańczy i wśród przeładowanych skuterów. Musisz nauczyć się jeździć pod prąd, bo tutaj nie włączysz się do ruchu nie jadąc przez chwilę na przeciwnym pasie. Kask. Musisz mieć kask i to nie ten powszechnie dostępny – z najtańszego plastiku, wykładanego cienką warstwą styropianu.

Zasad na drodze jest kilka. Nie zwalniaj, nie przyśpieszaj, nie hamuj gwałtownie. Używaj klaksonu, bo to właśnie on włącza chwilową nieśmiertelność i wyłącza wszelkie prawa ulicy. Tak w każdym razie wydaje się wietnamczykom, więc oczy i uszy musisz mieć dookoła głowy. Uważaj na auta – techniki prowadzenia pojazdów czterokołowych jeszcze tu nie opanowano. Poza tym – większy ma pierwszeństwo. Naucz się wyprzedzać z prawej strony, opanuj się gdy 10 centymetrów od ciebie przejeżdża rozpędzony autobus. Pamiętaj o pieszych i o niespodziewanie otwierających się drzwiach zaparkowanych samochodów. Trąb. Nocą szczególnie.

Umiesz to wszystko? To teraz możesz cieszyć się jazdą. Możesz odpowiadać na wszystkie pozdrowienia i znaki pokoju wysyłane w Twoją stronę. Mimo, że pod maskami chroniącymi od spalin nie widać ust, to odczytasz uśmiechy z pomarszczonych po bokach, skośnych oczu. Możesz się rozejrzeć, przyjrzeć się mijanym palmom, zboczom gór, maleńkim chatkom, polom ryżowym, kobietom sprzedającym najlepsze na świecie kanapki, bajecznie czystej wodzie na horyzoncie. Możesz pośpiewać. Niech gra Ci w uszach Bob Dylan, rozbawia Marley. Niech dźwięk silnika zgra się z anielskim głosem Tash Sultany. Możesz puścić oczko do zaskoczenego Twoją obecnością dziecka z sąsiedniego motoru. Możesz cieszyć się drogą, rozluźnić nadgarstki, napić się po drodze kawy ze skondensowanym mlekiem, która bardziej przypomina smakiem kakao. Na światłach możesz rozprostować nogi i w pośpiechu rozmasować obolałe pośladki. Możesz się w drodze śmiać, możesz rozpamiętywać gorsze dni, możesz marzyć, możesz wspominać. Musisz mieć tylko oczy dookoła głowy. Ale to dobrze, bo dobrze jest zauważać więcej.

2 miesiące później nie było śladu po zestresowanej dodo, ściskającej nerwowo kierownicę na ciasnej, ciemnej uliczce Vung Tau. Przejechałam Wietnam na motorze o śmiesznej pojemności silnika 50cc. Wbrew temu co mi mówiono, wbrew ostrzeżeniom i własnym wątpliwościom przejechałam 3 tysiące kilometrów na własnym jednośladzie. I bez watpienia była to jedna z najpiękniejszych decyzji, pełna zapierających dech w piersiach widoków. A najbardziej zaparło mi dech i ukłuło w klatce piersiowej, gdy z tym motorem musiałam się pożegnać. Przez te niemal trzy wspólne miesiące tworzyliśmy zgrany team. Do dziś na dźwięk silnika reaguję uśmiechem, tęsknotą i marzeniem o powtórzeniu wietnamskiej przygody. Bo, cholera, było warto.

3 komentarze

  1. Kasia

    Boziu jaki piękny i inspirujący tekst <3 Do odważnych świat należy!

    Odpowiedz
  2. Patka

    Nigdy mnie jakoś nie ciągnęło do Azji, ale dzięki tobie zmieniam zdanie ❤️

    Odpowiedz
  3. Roxie

    Uwielbiam czytać to co piszesz, zarówno tu, jak i na instagramie 💜.

    Odpowiedz

Wyślij komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.